Budzę się, gdy słońce jest już dość wysoko. Pierwszy dzień roku. Nowe nadzieje, nowe plany. To, co się nie udało w starym roku natychmiast, jak za dotknięciem magicznej różdżki, z wybiciem północy odchodzi w zapomnienie. Na pierwszy plan wysuwają się nowe wyzwania i nowe plany. W kalendarzu to chyba najbardziej optymistyczna data – początek nowego, koniec starego.
Tego dnia w roku poranki są zazwyczaj ospałe i senne, dlatego jest dopiero godzina 10:00, gdy wychodzę na ulicę.
Spodziewam się miasta sennie budzącego się do życia po hucznej zabawie – pustych ulic, zaspanych przechodniów, tym bardziej, że poranek jest mroźny i pogoda nie zachęca do spacerów.
Zaskakuje mnie to, że nie widzę oczekiwanych pustek. Gdyńskim Skwerem Kościuszki przechadza się parę osób, głównie rodzice z małymi dziećmi i osoby starsze. Gdzieniegdzie widoczni są pracownicy służb porządkowych, ale jest to widok raczej rzadki. Niestety nie oznacza to, że główny plac w mieście został już zupełnie posprzątany. Pozostałości po fajerwerkach, rozbite szkło, korki od szampanów oraz rozdeptane konfetti „ubarwiają” jeszcze deptak. Przebite kolorowe baloniki widoczne na trawnikach dodają temu obrazkowi raczej smutnego akcentu. Przez chwile nawet przeszło mi przez myśl, aby zagaić krótką rozmowę z panem sprzątającym plac, ale z jego wyrazu twarzy bynajmniej nie rysowała się chęć do zawierania nowych znajomości.
Przypadkowo napotkani sąsiedzi, wyjątkowo skorzy do rozmowy tego dnia, zatrzymali mnie na krótką pogawędkę. Rozmowa zaczyna się oczywiście od życzeń „wszelkiej pomyślności z nowym roku!”. W sumie miłe, ale słyszane w ciągu ostatnich tygodni tysiące razy, jakby powszednieją. Szybko i w miarę możliwości grzecznie urywam tę wymianę uprzejmości tym bardziej, że rozmowa lekko się przedłuża, a mróz daje o sobie znać coraz bardziej.
Nie mam pomysłu na dalszy spacer. Widzę na horyzoncie kino, więc skręcam w jego stronę. Może dzisiaj będą grali coś ciekawego i może sala nie będzie jak zwykle pełna. Ku mojemu zaskoczeniu kino pracuje pełną parą. Nadzieja na obejrzenie jakiegoś filmu w zaciszu prawie pustej sali znika błyskawicznie. Hol jest pełen dzieci biegających dosłownie w koło siebie, wykrzykujących w niebogłosy i komentujących wszystko, co uda im się dostrzec. No tak, one są wyspane i pełne energii, wczoraj świętowały nadejście nowego roku w swoich łóżeczkach, słodko śpiąc. W kinie jest jednak tak cudownie ciepło, a w powietrzu unosi się zapach świeżo mielonej kawy, co ostatecznie przesądza o tym, że film i kawa to jest jednak dobry pomysł na dzisiejsze przedpołudnie.
W kinowej kawiarence dostrzegam dopiero piękno tego obrazka. Każdy stolik jest zajęty. Siedzą przy nich całe rodziny. Widzę nawet familie wielopokoleniowe, co w dzisiejszych czasach jest widokiem raczej rzadkim. Babcie jedzą swoje łakocie, wnuki kręcą się obok. Jest w tym coś rozczulającego. W dzisiejszych czasach, gdy żyjemy szybko, trochę byle jak, oto zdarza się dzień, gdy do kawiarenki przychodzą całe rodziny, a napotkani ludzie mają czas na rozmowę i miłe słowo. Ludzie są może tego dnia nadzwyczaj przesądni. Wydają się chodzić na paluszkach, żeby nie ściągnąć na siebie złego losu lub nie daj Boże jakiejś klątwy przez duże K – i to na cały rok. Jednak nawet to ma także swój urok tego dnia. Nagle to do mnie dociera. Pierwszy dzień w roku nie jest zwykłym dniem wolnym od pracy. Cały świat jakby trochę zwalnia, przewala się sennie z boku na bok, pozwalając sobie na odrobinę wytchnienia.
Wracam do domu z ładunkiem pozytywnej energii. Po drodze spotykam znajomych.
- Wszystkiego dobrego w nowym roku – życzymy sobie wzajemnie.
I oto właśnie chodzi, w końcu to pierwszy dzień całkiem nowego roku.
(MD)